niedziela, 16 października 2016

Fotografia - jak to się zaczęło cz.1

Tata dysponował aparatem ZENIT. Na tamte czasy to był to sprzęt porównywalny do dzisiejszych aparatów wysokiej klasy. Zenit taty posiadał pewną wadę. Mianowicie miał zewnętrzny pomiar ekspozycji. Oznacza to tyle, że światło mierzone przez światłomierz nie było mierzone przez obiektyw. Czujnik światła znajdował się nad obiektywem. Pomiary więc nie zawsze były wiarygodne. W późniejszym czasie tata zaopatrzył się w światłomierz zewnętrzny. Mierzyło się nim światło bezpośrednio przy fotografowanym obiekcie, a wskazania pokazywały jakie nastawy powinien mieć aparat.

Światłomierz
Ciemnia fotograficzna znajdowała się w łazience. Drzwi były doszczelniane grubym kocem w taki sposób, by nie dostało się do środka nawet najdrobniejsze światło.
W pierwszej fazie trzeba było wywołać kliszę. Klisza wyjęta z kasety musiała zostać przełożona do narzędzia KOREKS. Był to pojemnik światłoszczelny z jedną lub kilkoma plastykowymi spiralami do wsunięcia kliszy. Klisze można było wsuwać do koreksu przy bardzo ciemno zielonym oświetleniu (specjalna żarówka), lub w całkowitej ciemni.

Koreks
Po wywołaniu i utrwaleniu klisza musiała wyschnąć. Następnie można się było już brać za wykonywanie odbitek. Ale o tym napiszę w części drugiej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz