środa, 14 października 2020

Przegrana walka :(

12 października, godzina 14:00. Wychodzę z pracy. Przed głównym wejściem budynku Wydziału Chemicznego Politechniki Łódzkiej rozpoczyna się dramat. Wtedy jeszcze nie wiem, że będzie miał tragiczne zakończenie. Ale po kolei.

Wychodzę i widzę, że dwoje studentów układa mężczyznę w pozycji bocznej ustalonej tzw. bezpiecznej. Odruchowo zakładam rękawiczki jednorazowe. Odkąd zacząłem się szkolić z ratownictwa, nie rozstaję się z takim mini zestawem pierwszej pomocy. Pytam zgromadzonych ludzi czy ktoś dzwoni na pogotowie i czy ktoś widział co się stało. Z opisu studentów wynika, że mężczyzna wypakowywał jakiś ładunek z auta. Dwa pudełka średniej wielkości stały na ziemi. Podobno podnosił trzecie, ale je odstawił i upadł na ziemię. Przy okazji rozbił sobie głowę. Krwawienie jednak nie było zbyt obfite. Słyszę rozmowę z dyspozytorem pogotowia. Pytam, czy sprawdzano mu oddech. Nikt jeszcze nie zdążył. Zdejmuję maseczkę i przykładam polik do nosa poszkodowanego. Nie czuję oddechu. Sprawdzam tętno. Brak. Dostaję gęsiej skóry i krzyczę o osoby rozmawiającej z pogotowiem, że mężczyzna nie oddycha i nie ma pulsu. Przekładamy go na plecy i zaczynamy walkę o jego życie. Wiecie jakie to uczucie, jak wiecie, że od was zależy życie poszkodowanego oraz dalsze losy jego rodziny?

Wpadłem w trans. Zaczynam resuscytację. Nie widzę nic koło siebie. Mózg wykonuje milion operacji. Przypominają mi się w ułamku sekundy wszystkie szkolenia. Słyszę telefon głośnomówiący, gdzie dyspozytor pogotowi informuje mnie co mam robić. Rzucam przez zaciśnięte zęby, że jestem przeszkolonym ratownikiem i dam radę. Dalej ponownie wyłączają mi się zmysły. Nie mam worka rozprężnego, więc ze względu na COVID- 9, kierując się swoim bezpieczeństwem, podejmuję decyzję, że nie będę robił wentylacji (sztucznego oddychania) poszkodowanego. Pompuje. Seria 30 uciśnięć, dwie sekundy, przerwy i kolejna seria. Pompuję. Wołam defibrylator. Ktoś przynosi. Przecinamy błyskawicznie ubranie i naklejamy elektrody. Defibrylator wydaje komendy. Ale nie strzela nieprzytomnego, defibrylacja niezalecana. Dla niektórych to dobry znak. Ja wiem niestety, co on oznacza przy osobie która się zatrzymała... Po kilku minutach zaczynam sobie zdawać sprawę, że opadam z sił. Krzyczę do gapiów, żeby ktoś się przygotował, bo za chwilę będę sam potrzebował pomocy z powodu wycieńczenia. I tutaj pierwszy raz spotkałem się z sytuacją, że od razu stało za mną kilka osób z założonymi rękawiczkami, gotowych do pomocy! Szacun wielki dla nich. Oni wiedzieli, co mają robić bez tłumaczenia! Jeszcze przed zmianą, krzyczę do jednej z osób, żeby ściągnął mojego współpracownika Adama. Wiem, że ma on jakieś doświadczenie w pierwszej pomocy, bo kiedyś o tym rozmawialiśmy. Nie wiem, kiedy przyszedł Adam, bo dopiero po tym jak zostałem zmieniony i doszedłem do siebie zauważyłem, że właśnie Adam już pompuje nieprzytomnego. Przyjechała też ochrona. W sumie złożył się zespół czterech osób które doskonale wiedziały co mają robić i działały. Kolejna moja zmiana. Pompuję, słyszę syreny. Minęło może pięć może dziesięć minut. Wiem, że ratownicy pojawili się dość szybko. Przyjechała karetka podstawowa, tzn. bez lekarza. Wysiadają ratownicy.

Cały czas nieprzerwanie trwa nasza akcja resuscytacyjna. Ratownicy podłączają profesjonalny defibrylator. Posiada on wbudowany kardiomonitor z którego można sporo wyczytać. Mają też worek rozprężny ambu i można wreszcie zacząć wentylację. Defibrylator ratowników wykrywa migotanie przedsionków i zarządza wyładowanie. Niestety jedno jedyne jak się później okaże. Na monitorze dwie proste linie. Pisk pomaga utrzymać odpowiednie tempo pompowania. Jeden z przybyłych ratowników wzywa karetkę specjalistyczną. Ta przyjeżdża gdzieś po kolejnych piętnastu minutach. My cały czas pompujemy, jeden ratownik wentyluje, a drugi podaje leki (na pewno adrenalinę, nie wiem co jeszcze, bo cały czas myślę, że muszę tego człowieka uratować dla jego rodziny). Podczas każdej mojej zmiany w pompowaniu, staram się zakląć monitor, żeby cokolwiek pojawiło się na wskaźnikach, ale linie pozostają proste. Widzę zegar odliczający czas, odkąd ratownicy podłączyli się do poszkodowanego. Minuty choć wolno to upływają nieubłaganie. Lekarz z karetki specjalistycznej wykonuje intubację. Nic to nie daje. Widzę na ekranie, że minęło już 36 minut. Wiem co to oznacza. Staram się opanować, ale emocje zaczynają być zbyt silne. 37 minuta moja zmiana. Pompuję jak oszalały, minęło zmęczenie. Lekarz mówi do mnie, żebym przy 39 minutach zatrzymał się. Mija 39 minuta. Lekarz przykłada stetoskop do poszkodowanego i mówi do nas, że kończymy. Mamy zgon. Łzy chlustają mi z oczu. Pierwszy raz ktoś mi zszedł. Przegrałem.

Do domu mogłem pojechać dopiero po dobrych 40 minutach, jak trochę zeszły ze mnie emocje. W domu cały wieczór wykonywałem analizy, czy przypadkiem nie można było zrobić czegoś szybciej, czegoś lepiej. Te pytanie pozostaną bez odpowiedzi. Niestety nieraz z naturą nie możemy wygrać.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza